Podróże

Wiedeń na weekend. Część II

Dziś kontynuujemy naszą weekendową przygodę w stolicy Austrii. W poprzednim wpisie (o tutaj) opowiedzieliśmy Wam o różnych miejscach, które warto odwiedzić, będąc w stolicy. Między innymi, o starówce, najpiękniejszych pałacach oraz zakamarkach wiedeńskich ulic. W tym wpisie skupimy się na klimacie i kulturze. Na rzeczach, które zapadły nam w pamięci i już pewnie zawsze będą kojarzyć się z tym państwem. Gotowi? No to zaczynamy 😉

Wciąż spacerowaliśmy, kiedy słońce wzniosło się nad naszymi głowami, a zmęczenie dawało się w znaki – byliśmy na nogach od świtu. Kiedy zrobiło się zbyt sennie, postanowiliśmy zjeść śniadanie i napić się kawy, która w teorii miałaby postawić nas na nogi. W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie mogliśmy zjeść bardzo pożywne śniadanie. Byliśmy tylko nieco zaskoczeni jego podaniem.

Co Austriacy jedzą na śniadanie?

Jeśli ziemniaki do tej pory kojarzyły się Wam z kulturą stricte słowiańską, możemy śmiało stwierdzić, że ów produkt ma bardzo szerokie zastosowanie w kulturze austriackiej 😉 Mianowicie, ziemniaki są mile widziane o każdej porze dnia, a już tym bardziej na śniadanie. W końcu to najważniejszy posiłek, a ziemniaczkami można nieźle się zapchać. My ziemniaki uwielbiamy w każdej postaci, więc bardzo ucieszyliśmy się na ich widok.

Wśród propozycji śniadaniowych wybraliśmy jajko na miękko (w naszym domowym weekendowym jadłospisie jest to pozycja #musteat), a w zestawie dostaliśmy talerz z serem, szynką i warzywami oraz świeże pieczywko. I to, powiedzmy, było bardzo typowe śniadanie. Kolejną propozycją (która troszkę nas zdziwiła, m.in. wielkością porcji) było śniadanie, składające się z: jajka sadzonego na puree ziemniaczanym z rozlewającym się obok szpinakiem. Brzmi bardzo prosto? Cóż, my zwykle mamy doświadczenie, że im coś prostsze, tym lepsze. Szczególnie jedzenie.

Otóż, potrawa była tak smaczna, że nie mogliśmy się przestać zachwycać smakiem i żałowaliśmy, że nie wzięliśmy dwóch porcji.  A po powrocie, często odtwarzamy ją w domu 🙂
I jeśli ktoś powie, że takie domowe żarcie nie wypada podawać w drogich wiedeńskich restauracjach, bo za potrawę zapłacimy dość słono (w końcu w euro), musimy przyznać, że smakowo te ziemniaczki z jajkiem i szpinakiem bardzo się obroniły i nie żałowaliśmy każdego wydanego euro.

No dobrze, śniadanie zjedzone. Siły odzyskane, można wędrować dalej. Żebyście się odnaleźli czasowo, było już słoneczne popołudnie, a my odzyskaliśmy siły i postanowiliśmy ruszać dalej. Zostało nam mniej niż pół dnia zwiedzania przed powrotem do domu.

Zwiedzając nowe miejsca sporo spacerujemy, a by udać się na np. drugi koniec miasta – zwykle posługujemy się metrem. Metro, jak w każdym innym europejskim mieście, jest oczywiście bardziej rozbudowane niż warszawskie, ale tej tematyce może poświęcimy kiedyś osobny wpis – porównamy metro w różnych państwach 🙂 Jak myślicie, dobry pomysł?

O klimatycznych wiedeńskich uliczkach pisaliśmy w poprzednim wpisie. Wspominaliśmy też o bardzo ważnym aspekcie: był listopad, a więc nadchodziły święta, co miało wpływ na ich (ulic) wygląd. Odnieśliśmy też wrażenie, że Austriacy lubią ten okres przedświąteczny, gdyż na zewnątrz wszyscy się świetnie bawili i można było wyczuć w powietrzu duch świąt. Co o nim dokładnie świadczyło?

Punsch i kolędy, czyli świąteczne jarmarki

O warszawskim jarmarku pisaliśmy tutaj. Mieszkając przez 1,5 roku na Starówce, gdzie nawet z okien widać było świąteczny jarmark (w końcu każdego roku jest w tym samym miejscu), przechodziliśmy tędy kilka razy. Czasami z nudy, a czasami z ciekawości – liczyliśmy, że może w końcu trafi się coś ciekawego. Niestety, za każdym razem spotykało nas rozczarowanie. Poza powtarzającą się scenerią brakowało tu ducha świąt: gwarów, zapachu świątecznych trunków i smakołyków, hucznego śmiechu ludzi, ciekawych rozmów, gdzie każdy na chillu przychodzi, by spotkać się ze znajomymi lub ograniczając się do najbliższej osoby, świetnie spędzić czas.

Takie właśnie odczucie mieliśmy, gdy zawiało nas na kilka wiedeńskich jarmarków (m.in. jarmark przy Placu Ratuszowym oraz wioskę bożonarodzeniową przy Pałacu Belvedere). I choć przeważnie uciekamy od tłumów, tym razem fajnie było obserwować tę radość, spokój i harmonię, która wypełniała wszystkich oraz być jej częścią.
Jeśli chcielibyście się wybrać kiedyś do Wiednia i poczuć ten klimat – znaleźliśmy informacje o wszystkich możliwych wiedeńskich jarmarkach, którą znajdziecie pod tym linkiem -> Jarmarki w Wiedniu 🙂

Wracamy do naszej wyprawy. W pewnym momencie zaszło słońce, i momentalnie zrobiło się dość rześko… W podróży jest to mały kłopot, składający się z kilku aspektów: ciało szybko marznie, a więc co chwila pojawia się potrzeba szukania łazienki, co w niektórych miejscach jest dość problematyczne. Łazić w zimnie to też żadna frajda, gdyż człowiek szybko się męczy, nie wspominając o skutkach ubocznych, które pojawią się za kilka godzin (mowa tu oczywiście o gorączce, bolącym gardle, katarze czy, jak to u pani I. jest nieodłączną częścią życia – chorymi zatokami). Ale spokojnie! Da się sobie z zimnej poradzić, nawet w spartańskich warunkach.

Z zimnem walczyliśmy przy pomocy kilku warstw ubrania, dodatkowo zakupionych cieplutkich rękawiczek na świątecznym targu, a całkowicie zamarznąć nie pozwolił gorący pomarańczowy punsch – my piliśmy w wersji bezalkoholowej, gdyż rzadko mamy ochotę na alkohol. Więc może nie rozgrzewał tak, jak trzeba, ale bardzo smakował i został po nim uroczy kubek (który zresztą służy za jedyną pamiątkę, przywiezioną z tego kraju) 🙂

Co jeszcze wyjątkowego?

Wiadomo, dla każdego wyjątkowość ma inne znaczenie. Dla nas to mogą być rzeczy i miejsca, które dla innych nie byłyby warte zatrzymania się. Ale to nie dotyczy Wiednia – tu wręcz chcesz się zatrzymywać na każdym kroku. Wiedeń to miasto wręcz krzyczące sławnymi nazwiskami genialnych ludzi – wystarczy tylko zwrócić uwagę na nazewnictwo, a znajdziemy tu m.in. Cafe Einstein, Sigmunt Freud Park, Muzeum Beethovena czy pomnik Mozarta. Takich miejsc jest niezliczona ilość – wystarczy troszkę poszperać na mapie 😉

Jak już pewnie zdążyliście zauważyć – Wiedeń to miasto historyczne, z niepowtarzalnymi pamiątkami architektury. I jeśli na początku potęga tego miasta wywarła na nas przysłowiowe „WOW!”, to po kilku godzinach łażenia ta wielkość była już lekko nudnawa i trochę przytłaczająca. 

Wiedeński sznycel 

Na koniec, chcielibyśmy dodać jeszcze jedno wspomnienie – ostatnie z tego intensywnego dnia 🙂 Otóż, gdy zrobiło się już dość późnawo, a do powrotu zostało nam parę godzin, resztkami sił zaczęliśmy szukać jakiejś knajpy, w której moglibyśmy się zregenerować – czytaj coś zjeść, ogrzać się i po prostu odpocząć. Wcześniej planowaliśmy obiad w jednej z dość znanych wiedeńskich knajp, a że nie mieliśmy rezerwacji i okazała się ona całkowiecie przepełniona (a nie mieliśmy chęci dosiadać się do żadnego stolika), postanowiliśmy szukać dalej. Pamiętamy jak dziś – ledwo wlekliśmy za sobą przemarznięte nogi, aż w końcu natrafiliśmy na drzwi jakiejś niepozornej knajpki, która nagle pojawiła się kilkadziesiąt metrów dalej, a była zupełnie pusta. Knajpka nazywała się Zum Nussgart’l 🙂

Jak tylko weszliśmy do środka, przywitał nas bardzo miły i życzliwy mężczyzna, który, jak później się okazało, był właścicielem tego lokalu. Zaczęliśmy się zastanawiać nad zamówieniem kolacji – wiedzieliśmy, że posiedzimy tu co najmniej dwie godzinki, a więc mieliśmy sporo czasu, by smacznie zjeść. I tu doszło do bardzo śmiesznej sytuacji, którą będziemy wspominać już do końca życia.

Pan Ł. klasycznie zamówił sobie gulasz, Pani I. natomiast stwierdziła, że nie obejdzie się bez sławnego wiedeńskiego sznycla! Mało tego, musi domówić do niego sałatkę ziemniaczaną. Bo jak to tak sznycla jeść samego?.. Właściciel lokalu kilka razy się upewnił, czy na pewno Pani I. chce jedno i drugie, na co ona twierdząco kiwała głową i zapewniała właściciela, że bardzo kocha ziemniaki, a sałatka będzie idealna. Właściciel tylko się uśmiechnął i udał się przedstawić kucharzowi nasze zamówienie, a my cierpliwie czekaliśmy. Nie rozumiejąc, co tego pana tak mogło rozśmieszyć…

Wraz z podaniem słynnego wiedeńskiego sznycla zagadka została rozwiązana. Mianowicie, w menu nie było informacji o wielkości tego sznycla, a więc jak się okazało – kotleta spokojnie by starczyło na 4 osoby… (a do tego były jeszcze ziemniaki!)

Na koniec wszyscy mieli ubaw po pachy, gdyż można było przewidzieć, że drobniutka Pani I. nie podołałaby tak dużej porcji. Nawet wliczając nawet fakt, że jest strasznym żarłokiem
A żeby rozwiać Wasze wątpliwości – całego sznycla nie zjedliśmy nawet razem…

Dlatego pamiętajcie: jeśli będziecie zamawiać jedzenie w Wiedniu – koniecznie pytajcie o wielkość porcji! W tym mieście wszystko ma gigantyczne rozmiary, nawet sznycle! 😉

A Wam jakieś śmieszne historie przydarzyły się podczas podróży? Podzielcie się w komentarzu 🙂

You Might Also Like...